Przejdź do treści głównej

BSSURF - Szkoła Surfingu Gdańsk. Obozy surfingowe w Portugalii i​ Maroko Bądź na bieżąco - zapisz się na newsletter

Obóz surfingowy na Sri Lance – o surfowaniu bez pianki, małpach kradnących stroje kąpielowe i trójkołowym pojeździe!

Planujesz wyjazd surfingowy na Sri Lankę i chcesz wiedzieć, jak wygląda obóz „od środka”? W tym wpisie pokażę Ci nasz camp krok po kroku: kiedy jechać, dlaczego to świetne miejsce na naukę surfingu, jak wygląda typowy dzień, gdzie mieszkamy i co robimy poza wodą (Ahangama/Kabalana + finał w Hiriketiya).

W skrócie:

  • Sezon surfingowy na południu Sri Lanki to listopad–kwiecień (największe tłumy zwykle ok. 20.12 – koniec lutego)
  • Surfujemy na poziomach beginner i improver, robimy podział na grupy + videoanalizy
  • Na miejscu ciepła woda, surfujemy bez pianki, łagodne fale na piaszczystym dnie (idealne do nauki)
  • Dużo osób leci solo, integracja dzieje się naturalnie, ale jest też przestrzeń na czas dla siebie
  • Termin i szczegóły kolejnego campu Zobacz ofertę obozu surfingowego na Sri Lance

Pierwszy raz pojechaliśmy surfować na Sri Lankę w 2019 roku. Kraj dopiero co podnosił się po trwającej prawie 30 lat wojnie domowej. Fale, jak to na Sri Lance, były świetne od zawsze, ale cała reszta – hotele, knajpy, cała infrastruktura – wyglądała kompletnie inaczej.

To w tych warunkach rodziła się branża Surf Campów. Miejscowi surferzy, którzy sami świetnie pływali, dopiero uczyli się, jak uczyć innych. Szkółek było kilka, ale wybór desek – praktycznie żaden. Wówczas Sri Lanka nie była też tak popularnym kierunkiem turystycznym wśród Polaków, a surfujących rodaków? Nie spotkaliśmy tam wtedy ani jednego. Wtedy nawet nie marzyliśmy o organizowaniu tam obozów.

A jednak – w listopadzie tego roku wystartował nasz pierwszy camp, który okazał się jednym z naszych najlepszych wyjazdów ever!

Idealny czas na surfing na Sri Lance?

Zacznijmy od kluczowego pytania: kiedy właściwie jechać na Sri Lankę, żeby surfować? Aby na nie odpowiedzieć, trzeba zrozumieć, że Sri Lanka żyje w rytmie monsunów – potężnych, sezonowych wiatrów, które przynoszą intensywne deszcze. To one dyktują warunki. Kiedy w jednej części wyspy leje, w drugiej świeci słońce, dlatego tak ważne jest, by wybrać odpowiedni moment.

Mówiąc bardzo ogólnie, sezon na południowym wybrzeżu trwa mniej więcej od listopada do końca kwietnia. To czas, kiedy możemy liczyć na to, że nie będzie padać ani mocno wiać.

Jest jednak pewien haczyk. Ścisły, bardzo wysoki sezon, kiedy wyspa jest dosłownie zalewana przez turystów, trwa mniej więcej od 20 grudnia do końca lutego. Uważam, że jeśli nie chcesz walczyć o fale z tysiącem innych osób na wodzie, ten okres zdecydowanie warto ominąć.

obóz surfignowy sri lanka

Dlaczego Sri Lanka to idealne miejsce na obóz surfingowy?

W mojej opinii to jeden z najlepszych na świecie kierunków na rozpoczęcie swojej przygody z surfingiem. Sekret tkwi w połączeniu dwóch rzeczy: ciepłej wody i charakterystyki fal.

Większość spotów, na których uczymy, ma bardzo łagodnie opadające, piaszczyste dno. To sprawia, że fale piany (czyli te, od których zaczynasz) są niewiarygodnie długie i łagodne. Możesz zaliczyć naprawdę długi przejazd, dający mnóstwo czasu na to, by wstać i poczuć tę pierwszą, czystą radość z surfingu.

Jednak Sri Lanka to nie tylko nauka od zera. To też genialne miejsce na progres. Dla osób, które chcą iść o krok dalej, czekają spoty takie jak The Rock, Sticks, Marshmallow czy Lazy Left. Są to co prawda spoty rafowe (reef break), ale z bardzo delikatną, niezbyt groźną rafą, dające długie, równe fale idealne do szlifowania skrętów. Jeśli chcesz ogarnąć, czym różni się beach break, reef break i point break, to rozpisałam to dokładnie tutaj: rodzaje surf breaków: beach break, reef break i point break.

A co z temperaturą? Zapomnij o wszystkim, co kojarzy Ci się z chłodem. Mówimy tu o prawdziwych tropikach. Przyjemne 30 stopni w cieniu w ciągu dnia i niewiele mniej w nocy. Nie ma nawet chwili wytchnienia od upału, co dla nas, surferów, oznacza jedno: zero pianek. Surfujemy w bikini, boardshortach i lycrze. Koniec kropka.

Pamiętajmy jednak, że to nie tylko wyjazd surfingowy. To przede wszystkim szansa na wakacje w prawdziwych tropikach. Mówimy tu o gorących dniach, w których najlepszym ratunkiem jest ocean lub basen, i naprawdę ciepłych nocach, które można spędzać w krótkim rękawku pod gołym niebem.

A nawet jeśli zdarzy się deszcz, to jest on atrakcją samą w sobie. To prawdziwy tropikalny deszcz – nagła, ciepła ulewa, która ma swój niesamowity urok. Powietrze w sekundę wypełnia się specyficznym, orzeźwiającym zapachem mokrej ziemi i dżungli. To jest coś tak oczyszczającego i tak innego od tego, co znamy, że chociaż raz w życiu naprawdę warto poczuć taki deszcz.

Nasz lankijski dom – idealna baza na wyjazd surfingowy na Sri Lance

Zacznijmy od konkretów: pokoje były po prostu piękne. Urządzone w minimalistycznym, balińskim stylu, ze ścianami z chłodnego, zacieranego betonu, co w tym klimacie było zbawieniem. Do tego fajne, drewniane elementy, półki i naprawdę wygodne łóżka. Co ważne, każdy pokój miał też własną łazienkę. Każdy miał też swój prywatny balkonik ze stolikiem i krzesłami, gdzie można było usiąść i pogadać ze współloaktorami.

Ale to nie wszystko, bo przestrzeni do wypoczynku było mnóstwo. Można było chillować na tarasie na dachu, u siebie przed pokojem, na dole przy basenie, albo w takim małym zagajniku z ławeczkami pod palmami. Każdy znajdował swój kąt.

Zdecydowanie mocnym punktem był taras na dachu. To tam jedliśmy śniadania, patrząc na korony palm i codzienne popisy małpich gangów. Z dachu widać też było Ocean, kto się zna na falach, mógł już z kawą w ręku ocenić warunki na nadchodzący dzień. Wieczorami życie przenosiło się na parter. Tam jedliśmy wspólne kolacje, a duża, zadaszona przestrzeń była idealnym miejscem do videoanalizy i zajęć teoretycznych. Cały teren wokół willi był zadbany, wszędzie rosły palmy i bananowce, a w centrum tego wszystkiego znajdował się czysty i regularnie przez nas okupowany basen.

Mega doceniane były też te proste, małe rzeczy, które robią różnicę: stały dostęp do wody pitnej z dystrybutora, kawy i herbaty o każdej porze. To właśnie takie detale sprawiają, że nasz obóz surfingowy na Sri Lance to kompleksowe i komfortowe doświadczenie. Willa była też świetną bazą wypadową. Około 5 minut spacerem od nas znajdowała się rajska plaża Kabalana, a w okolicy kilka naprawdę fajnych knajpek.

A skoro o jedzeniu mowa – wieczorami siadaliśmy do wspólnej kolacji, którą przygotowywali dla nas nasi prywatni, lankijscy kucharze. I tu ważna uwaga: jedzenie było pyszne i oparte na lokalnych składnikach, ale było świadomie zeuropeizowane. To był idealny kompromis, który pozwalał poznawać prawdziwe smaki Sri Lanki, ale w bezpiecznej, łagodnej wersji.

Na koniec anegdota, która idealnie podsumowuje życie w naszej willi. Od początku ostrzegaliśmy wszystkich, że małpy to stali bywalcy i lubią przychodzić w zorganizowanych gangach, a ich ciekawość nie zna granic. Zdarzało im się urządzać prawdziwy shopping na suszących się na balustradach bikini – małpy przebierały, oglądały, wybierały i przymierzały sobie staniki i majtki. Innym razem bez skrępowania próbowały korzystać z kąpieli pod zewnętrznym prysznicem, ku uciesze (i lekkiemu przerażeniu) obserwatorów. Ale chyba największą kreatywnością wykazały się, gdy jeden z campowiczów zostawił na balkonowym stoliku paczkę papierosów. Małpy urządziły mu mały sabotaż, rozrzucając fajki po całym terenie willi. I bardzo dobrze. Palenie jest niezdrowe.

 Jak wygląda typowy dzień na naszym obozie?

Nasz dzień miał stały, ale elastyczny rytm. Dzień zaczynaliśmy śniadaniem o 8:00, a kończyliśmy wspólną kolacją około 19:00. To, co działo się pomiędzy, zależało od fal i pogody.

Rano, po śniadaniu, albo mieliśmy krótkie zajęcia teoretyczne, albo od razu wskakiwaliśmy w tuk-tuki i jechaliśmy na pierwszą lekcję surfingu. W zależności od dnia, mieliśmy jedną lub dwie lekcje. W dni, kiedy były dwie sesje, wracaliśmy do willi koło południa na lunch i chwilę odpoczynku, a na drugie zajęcia ruszaliśmy około 15:00-16:00. Zdarzyło się nawet, że ostatnie fale łapaliśmy, widząc nad nami księżyc – totalnie surrealistyczny widok.

Z kolei w dni z jedną lekcją, całe popołudnie było wolne. I to był czas, kiedy można było spędzić go po swojemu. Większość ekipy przyjechała w pojedynkę, a w tym wolnym czasie ludzie naturalnie łączyli się w mniejsze grupki. Ktoś rzucał hasło, żeby wziąć tuk-tuka i pojechać do innej miejscowości pobuszować w sklepach z pamiątkami, inni zbierali ekipę na plażę, na świeżego kokosa, kawę czy zimne piwko. Nikt nie był sam, chyba że akurat miał na to ochotę, bo na to też była przestrzeń.

Zajęcia surfingu prowadzili europejscy i lankijscy instruktorzy, a podczas wszystkich lekcji – w wodzie i na plaży obecna była też ekipa BSSURF – Paulina i Bogna. Kluczowym elementem były videoanalizy, które robiliśmy w podgrupach (beginner i improver). To metoda, która daje niesamowitego kopa i przyspiesza progres jak nic innego.

A wieczory po kolacji? To był czas na totalny luz. Były różne quizy, puszczaliśmy muzykę i były tańce. Hitem były nocne kąpiele w basenie, połączone z rzutami frisbee. Jednym słowem: działo się.

Instruktorzy: Lapo, Francisco i Gee

Wyjazd surfingowy na Sri Lankę: o tuk-tukach, kokosach za 2,50 zł i życiu poza spotem

Przez cały czas trwania campu poruszaliśmy się tuk-tukami, czyli jak ja to się śmieję, trzykołowym, azjatyckim jeepem. Mieliśmy aż 8 takich pojazdów do naszej dyspozycji, więc codziennie dojeżdżaliśmy nimi na spoty, co samo w sobie było fajną formą zwiedzania i doświadczania Sri Lanki. Jeździliśmy nimi też na shoppingi i odkrywaliśmy lokalne restauracyjki.

A tych nie brakuje. Od małych, lokalnych miejscówek serwujących „rice & curry”, które czasami było piekielnie ostre, ale zawsze pyszne (curry z bakłażana, „ziemniaczki devilled” czy kokosowy sambol to klasyki), po bardziej międzynarodowe opcje. Piliśmy też na potęgę wodę kokosową. Świeżego kokosa można było kupić dosłownie wszędzie. Ceny zaczynały się od 2,50 zł za sztukę, a w wersji burżuazyjnej – prosto z lodówki przy samej plaży – kosztował zawrotne 5 zł.

Mieliśmy też dodatkowe atrakcje. Hitem był „ice bath”, czyli kąpiel w lodowatej bani – super opcja w tym upale, zwłaszcza że zaraz potem można było wskoczyć do ciepłego basenu. Oczywiście, czym byłby wyjazd na Sri Lankę bez zobaczenia plantacji herbaty? Pojechaliśmy więc na jedną z nich, odwiedzając też fabrykę, gdzie obrabia się liście. W dniu wolnym część ekipy wybrała się też do Parku Narodowego Udawalawe, żeby poobserwować słonie. Wyjazd był w super cenie i bardzo dobrze zorganizowany.

I tu spora ciekawostka – nasz camp został podzielony na dwie części. Pierwsze 7 dni spędziliśmy w naszej bazie w Ahangamie, a kolejne dwie noce i trzy dni w przepięknej zatoce Hiriketiya. W drodze zwiedziliśmy jeszcze Coconut Tree Hill w Mirissie i przepiękną świątynię buddyjską z ogromną statuą siedzącego Buddy, która ma aż 39 metrów i jest największym posągiem Buddy na całej Sri Lance.

W Hiriketiya mieliśmy super hotel, praktycznie przy samej plaży. To było idealne zakończenie nauki, bo serwowaliśmy tam na naprawdę bardzo łagodnych, zielonych falach. Fale można było łapać praktycznie przez cały dzień, a że mieszkaliśmy tuż przy spocie, to żal było nie skorzystać. Część osób wynajęła sobie nawet longboardy, żeby spróbować, jak pływa się na tego typu deskach.

Pierwszego wieczoru po przybyciu, do późnych godzin kąpaliśmy się wspólnie w oceanie, a potem można było odwiedzić jedną z licznych kawiarni. Dziewczyny wpadły też w wir zakupowy – kupowały ciuchy lokalnych, surferskich marek i naprawdę fajne pamiątki. Część ekipy odwiedziła też puste, okoliczne plaże, jak ta w Dickwella.

Zdecydowanie ten wyjazd był nie tylko surfingowy. Najfajniejsze było to, że grupa tak się zintegrowała, że ciągle ktoś miał coś ciekawego do zaproponowania i zorganizowania. To dawało możliwość wejścia w kulturę i zasmakowania trochę lokalnego życia na własnych zasadach.

Podsumowanie, czyli dlaczego warto jechać tam właśnie teraz?

Ten wyjazd przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. I co najważniejsze – nie tylko nasze. Słyszeliśmy to wprost od uczestników, z których część była z nami już kolejny raz, a mimo to uznała ten camp za najlepszy dotychczas. I chociaż uczciwie przyznajemy, że wszystkie nasze wyjazdy są fajne, to ten miał w sobie coś wyjątkowego.

Dla nas też była to świetna zabawa i miła odmiana – surfowanie w ciepłych wodach Oceanu Indyjskiego to zupełnie inne doświadczenie niż nasz ukochany, ale jednak chłodniejszy Atlantyk.

I to jest też powód, dla którego piszę ten ostatni akapit. Z całego serca zachęcamy do odwiedzenia Sri Lanki. I to jak najszybciej. Ten kraj przeżywa teraz prawdziwy turystyczny boom. Rozwija się w niesamowitym tempie, jest mocno zabudowywany i urbanizowany. I chociaż z punktu widzenia rozwoju turystyki to super, mamy też obawy, czy tamtejszy rząd będzie na tyle mądry, by zrobić to w sposób zrównoważony. Boimy się, że za kilka lat ta rajska wyspa może zamienić się w drugie Bali – zakorkowane, pełne śmieci i skomercjalizowane do granic możliwości.

Dlatego jeśli myślicie o tym kierunku, to właśnie teraz jest ten moment.

Plaża Weligama

FAQ – obóz surfingowy na Sri Lance

Czy to dobry wyjazd dla kogoś, kto jest pierwszy raz na surfingu?
Tak — Sri Lanka jest świetna na start: ciepła woda, łagodne fale i dużo czasu na „pierwsze stania” na desce

Czy to dobry wyjazd dla osób podróżujących solo?
Tak, jak najbardziej — dużo osób leci solo, a integracja dzieje się naturalnie (wspólne sesje, posiłki, dojazdy).

Czy potrzebuję pianki?
Nie — najczęściej surfujemy bez pianki (bikini/boardshorty + lycra).

Czy potrzebuję szczepień?
Zazwyczaj nie ma obowiązkowych, ale najczęściej polecane do rozważenia: tężec (dawka przypominająca)

Czy jest bezpiecznie?
Tak — mamy pełną organizację, dobieramy spoty do warunków i poziomu, prze cały czas trwania obozu jest opieka instruktorów i rezydentów BSSURF

Co muszę zabrać na Sri Lankę (na obóz surfingowy)?
Lycra, bardzo mocny SPF, coś na komary, strój kąpielowy, boardshorty, lekkie ubrania na upał, dobre okulary przeciwłoneczne, czapka z daszkiem, klapki

Terminy i zapisy – obóz surfingowy na Sri Lance

Jeśli chcesz połączyć odkrywanie Sri Lanki z nauką surfingu i przeżyć przygodę podobną do naszej — zapraszamy na nasz obóz surfingowy na Sri Lance. Stawiamy na pełną przejrzystość ceny: w pakiecie masz wszystkie transfery, AC, wyżywienie (zgodnie z ofertą) oraz atrakcje takie jak wycieczka na herbatę i ice bath — bez dopłat na miejscu. Dodatkowo płatna jest tylko jedna, całkowicie fakultatywna wycieczka do Parku Narodowego Udawalawe (ok. 60–70 USD).

Dodaj komentarz


Przeczytaj również
Planujesz wyjazd surfingowy na Sri Lankę i chcesz wiedzieć, jak wygląda obóz „od środka”? W tym wpisie pokażę Ci nasz camp krok po kroku: kiedy jechać, dlaczego to świetne miejsce na naukę…
Portugalia to dziś jeden z najpopularniejszych kierunków surfingowych na świecie. Piękne plaże, doskonałe fale i łagodny klimat przyciągają surferów ze wszystkich stron. Jednak jeszcze kil…
Surfing to sport, który przyciąga coraz większą liczbę entuzjastów w Polsce, co bardzo nas cieszy! Jednak wraz z rosnącą popularnością tego sportu pojawiło się wiele mitów i błędnych przek…